top of page

Nieprzesolona soli rola

Człowiek nie jest taki, żeby nie popłynął. I nie chodzi tu o to, że czasami mamy chęć zrobić coś bardzo dobrze. Chcemy, by wyszło jak najlepiej. Poświęcamy temu czas, bywa, że własne zasoby. Pielęgnujemy, dopieszczamy z każdej strony. Staramy się jak najmocniej. Chuchamy i dmuchamy, by rzecz była bardzo dobra. Jeszcze tu poprawka i jeszcze tam poprawka. O, i ówdzie jeszcze trzeba coś ulepszyć. Już zdaje się, że dzieło jest skończone, ale przyglądamy się i wciąż widzimy braki. Więc uzupełniamy, zmieniamy, dorabiamy, przesuwamy, odsuwamy i...


Jest już dobrze, jest poprawnie i tak jak być powinno. Ale nie, nam nie wystarcza dobrze. Musi być wybitnie! I przyglądamy się – co by tu jeszcze. A może to, a może tamto. Tu jeszcze szczypta tego, a tam jeszcze tamtego. Jest, jest. Nie, nie. Jeszcze trzeba odrobinę poprawić. I... Jasny szlag! Przesoliliśmy. Jest źle, niedobrze i nie da się tego odwrócić.

Nie, nie o to chodzi. Raczej chodzi o tę magiczną chwilę... Docierasz do portu. Jesteś w główkach. Już wiesz, że za chwilę będzie spokój. Ale jeszcze musisz wytężyć zmysły. Jeszcze trzeba się skupić, jeszcze nie można się wyluzować. Jeszcze trzeba zacumować. I choć robiłeś to setki razy, to ogarnia cię ten specyficzny rodzaj tremy. Musisz uważać, by nie ponieść się nastrojowi, że skoro już wpłynąłeś, to wszystko za tobą. Wszyscy na pokładzie gotowi wyczekują na to, co za chwilę. Przez moment jest zupełnie cicho, nikt nic nie mówi. A gdy już statek jest odpowiednio blisko kei, zaczyna się ruch i głosy. Cumy, szpringi, bresty. Jeszcze ostatnie ruchy manetką silnika, ostatnie poprawki lin i wreszcie jacht stoi bezpieczny. Silnik cichnie. Siadasz na moment lub zatrzymujesz się i następuje właśnie ta chwila – poczucie, że coś zrobiło się dobrze i że to już za tobą. Od teraz zaczyna się inna historia – jakby pewien rozdział został zamknięty, a teraz zaczyna się kolejny lub – jeśli to ostatni port rejsu – kończy się książka.

Ujęcie solanki
Ujęcie solanki w Kołobrzegu

Zdarzyło się w pewnym rejsie, że po tej magicznej chwili i po sklarowaniu jachtu wyszedłem, by przejść się po stałym lądzie. Jako że rzecz działa się w Kołobrzegu, po chwili spaceru dotarłem nad Parsętę, w miejsce, z którego bije źródełko wody. Nie była to słodka woda, ale solanka. I wtedy dotarło do mnie, że tu dookoła jest strasznie „słono”. Bo przybyłem tu z Mariny Solnej i cały czas znajdowałem się na Wyspie Solnej. Sól – to niegdysiejsze „białe złoto”, które było towarem bardzo pożądanym, do dziś pełni ogromną rolę, choć na co dzień nie zdajemy sobie z tego sprawy.

 

Sól

Ludzkość zaczęła używać soli w sposób świadomy i zorganizowany ponoć w neolicie, gdy zaczęliśmy stawać się osadnikami, rozwijając rolnictwo. Najstarsze znane ślady zorganizowanej produkcji soli pochodzą sprzed ponad 8000 lat. Na terenie dzisiejszej Rumunii archeolodzy odkryli pozostałości po warzelniach soli, datowane na około 6050 rok p.n.e. Mieszkańcy tego regionu wykorzystywali obfite, naturalne źródła solanki, którą odparowywali w ognioodpornych, ceramicznych naczyniach, aby uzyskać czysty kryształ. W regionie Fonti w Prowansji (dzisiejsza Francja) produkcja soli na dużą skalę rozwinęła się nieco później, ale trwała przez tysiąclecia. Dowody archeologiczne wskazują, że słone źródła były tam intensywnie eksploatowane już od około 4500 roku p.n.e., a działalność ta kwitła nieprzerwanie przez neolit i całą epokę brązu, co dzisiaj moglibyśmy nazwać przykładem długotrwałego, zorganizowanego przemysłu solnego w Europie Zachodniej.

Ale i na dalekim wschodzie, w dolinie rzeki Jangcy odkryto, datowane na około 2000 rok p.n.e., tysiące specjalistycznych artefaktów – głównie ceramicznych naczyń do warzenia solanki – co świadczy o produkcji na ogromną i zorganizowaną skalę, będącą jednym z fundamentów rozwoju wczesnych cywilizacji chińskich. Można się było spodziewać, że starożytne Chiny mogą nas zaskoczyć. I faktycznie około 800 r. p.n.e. w regionie Syczuanu opracowano, technologicznie rewolucyjną wręcz, technikę głębinowego wiercenia (sięgającą nawet 1000 metrów), by wydobyć bogatą solankę spod ziemi, którą następnie odparowywano w żelaznych panwiach. Tu warto zwrócić uwagę na technikę „żelaznej panwi”, która umożliwiła niespotykaną wcześniej masową produkcję soli.

Jakżeby inaczej, w starożytnym Rzymie też produkowano sól na masową skalę. W porcie Ostia oraz w innych częściach Imperium powstawały ogromne kompleksy zwane salinae. Były to rozległe, płytkie baseny, w których odparowywano wodę morską pod słońcem, uzyskując sól na skalę przemysłową dla potrzeb armii, konserwacji żywności i całej gospodarki. Sól (sal) była tak cenna, że od jej nazwy pochodzi słowo salarium, czyli żołd rzymskiego legionisty. Tu zaczyna się nam coś kojarzyć i czy...? Tak, to słuszne skojarzenie. Angielska wypłata, pensja, czyli słowo salary, to stąd.

W średniowieczu sól była nie tylko przyprawą – stała się „białym złotem”, strategicznym surowcem decydującym o bogactwie miast i przebiegu wojen. Jej wartość wynikała z jednej, niezastąpionej właściwości: umożliwiała długotrwałe przechowywanie żywności. To sól pozwalała zakonserwować ogromne połowy bałtyckich śledzi, zamieniając je w towar, który można było transportować i sprzedawać w całej Europie. Bez soli nie byłoby potęgi Hanzy, a bez Hanzy – dynamicznego rozwoju żeglugi bałtyckiej.

Ośrodki produkujące sól dzieliły się zasadniczo na dwa typy: śródlądowe – wydobywające sól z solanek lub kopalń oraz nadmorskie – odparowujące wodę morską.

Do najprężniejszych w tym czasie należały: wybrzeże Zatoki Biskajskiej (Francja/Hiszpania), gdzie sól pozyskiwano z wody morskiej (tzw. Bay Salt). Stamtąd transportowano sól do Londynu i Europy Północnej, dla których było to główne źródło tego cennego towaru.

Droitwich (Worcestershire, Anglia) – ośrodek, który pozyskiwał sól ze śródlądowych solanek już w czasach starożytnych, a miasto Droitwich zwane było Salinae. A Salwarpe – rzeka przez nie przepływająca ponoć wzięła swą nazwę od słów sal, co oznacza sól i weorp, co oznacza wymiotować. Więc połączcie to sami. Ośrodek ten zdominował śródlądową produkcję angielską.

Kolejny to ośrodek Cheshire "Wiches" (Nantwich, Northwich, Middlewich, Anglia) – źródło soli to śródlądowe studnie solankowe. Był głównym dostawcą dla północno-zachodniej Anglii.

W tym zestawieniu nie mogło zabraknąć Wieliczki, która wydobywała sól kamienną, ale też pozyskiwała ze źródeł solankowych. Zaopatrywała w sól Kraków i eksportowała ją na Śląsk, do Moraw, Czech i Węgier.

I kolejny bardzo ważny ośrodek, produkujący sól od ok. 956 r. do późnego średniowiecza, ze śródlądowych źródeł solankowych. Kluczowy ośrodek Ligi Hanzeatyckiej – Saliny Lüneburskie. Sól z Lüneburga, transportowana do Lubeki, była podstawą handlu śledziami na Bałtyku, a to było filarem potęgi Hanzy. I wreszcie dochodzimy do Kołobrzegu – solnej stolicy Pomorza.

Wszędzie tam produkcja była zmonopolizowana. Gdzie w grę wchodziły wielkie pieniądze, tam pojawiały się ograniczenia. Królowie i książęta pilnowali „białego złota” za pomocą tzw. regale solnego, kontrolując każdy aspekt produkcji. No a skoro zaczęliśmy w Kołobrzegu, to przyjrzyjmy się, jak to tutaj wyglądało.

Panwie solne
Zachowane panwie w Kołobrzegu

Kołobrzeg

W dolnym biegu rzeki Parsęty około VII–VIII wieku powstała osada. Jej geneza jest związana z występowaniem w tym rejonie słonych źródeł, z których wytwarzano sól. Jak głosi legenda, odkrył je pies. Kiedyś w okolicy urządzono łowy. W pewnym momencie pies myśliwego utknął w bagnie. Gdy myśliwy wyswobodził psa, zauważył, że woda, która się pojawiła w miejscu wyciągniętego psa, była ostra i słona. Wykopano zatem w tym miejscu trzy studnie, co dało początek miastu, a późniejszym jego mieszkańcom sławę i zamożność.

Warzelnia soli
Fragment makiety warzelni - ze zbiorów Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu

Od zarania dziejów Kołobrzeg słynął z produkcji soli i to nie tylko w okolicy, ale daleko szerzej. Gdy w 1000 roku Bolesław Chrobry zakładał tu biskupstwo, kronikarz opisujący to wydarzenie nazwał biskupa kołobrzeskiego „biskupem kościoła solnego Kołobrzegu”. Najbardziej zasolone rejony to owal ziemi (długości około mili i szerokości około kabla), który oddziela od lądu Parsęta z północy i Kanał Drzewny z południa – Wyspa Solna. Dzisiaj na tej wyspie jest Marina – a jakżeby inaczej – Solna.

A więc wszystko zaczynało się przy małych, samowypływowych źródłach solanki na Wyspie Solnej, gdzie solankę warzono w dużych glinianych garnkach ustawianych na paleniskach. Prawdziwą rewolucję przyniosło opanowanie technologii warzenia w żelaznych patelniach zwanych panwiami (od niemieckiego Pfanne – patelnia) zawieszonych na hakach, nad ogromnymi paleniskami zrobionymi z kamienia i gliny. Panwie płytkie i prostokątne umieszczone były w warzelniach, czyli drewnianych szopach krytych strzechą, bez kominów. Szopy te z pomorska zwane checzami nazywano Kotami (od niemieckiego Das Kot, Kota – chata, chałupa). Jeden taki „kot” składał się z dwóch do sześciu panwi. Nieopodal saliny osiedlili się kowale wykuwający panwie, a osada ta przekształciła się później w przedmieście zwane Salniki.

Solankę czerpano wiadrami ze studni i wlewano do panwi. Panwie podgrzewano, odparowując wodę. Sól przesuszano i ładowano do beczek lub koszy. Proces był niezwykle żarłoczny energetycznie – do odparowania wody potrzeba było ogromnych ilości drewna, co nie pozostawało bez wpływu na okoliczny krajobraz i gospodarkę.

Właścicielami terenów solankowych, jak i warzelni, byli książęta pomorscy. Warzelnictwo w okresie średniowiecza objęte było regalem lub ducalem solnym. Regal od rex – król, ducal od dux – książę, czyli takie „wszystko to moje prywatne” w wykonaniu księcia lub króla. Robotnicy w warzelniach byli wolnymi ludźmi, ale płacili daniny i inne nieokreślone podatki na rzecz księcia. W XII wieku zmieniła się forma własności salin kołobrzeskich. Księżęta przekazywali tereny solankowe lub warzelnie klasztorom i innym instytucjom kościelnym. Co prawda klasztory miały płacić książętom daniny, ale zostały z tego obowiązku zwolnione. Stopniowo w ciągu 150 lat solanki zmieniły właściciela i z własności książęcej stały się własnością duchowieństwa.

 

Bractwo solne

W połowie XIII wieku, niedaleko saliny, na prawym brzegu Parsęty powstaje nowe miasto Kołobrzeg, które lokowano na prawie lubeckim. Przejmuje ono nie tylko nazwę starego Kołobrzegu, ale też jego administracyjno-gospodarcze funkcje. Tuż po lokacji władze miejskie i mieszczanie starali się przejąć warzelnie od duchowieństwa. Te zaś chętnie je odstępowały. Za aprobatą rady miejskiej sporządzano umowy dzierżawne między mieszczanami a duchowieństwem. Dzierżawca płacił określony czynsz solny i zobowiązywał się „do utrzymania warzelni w stanie zdolnym do produkcji”. Umowy te miały jeszcze jedną cechę – były dziedziczne, co spowodowało, że w niespełna 50 lat mieszczanie przejęli większość warzelni we własne posiadanie. Około 1300 roku byli na tyle zorganizowani, że stworzyli własne bractwo, tak zwaną gildię solną. Oczywiście tylko członkowie Bractwa Solnego (bo też tak owa gildia była zwana) mieli prawo do warzenia soli. Były to najbogatsze osoby w mieście i głównie z Bractwa Solnego rekrutowała się rada miejska. Nazywano ich panami solnymi lub panami panwiowymi.

Warzelnia soli
Makieta warzelni soli i dostarczanie drewna spławem w XV w. - ze zbiorów Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu

W 1302 r. otrzymali od Rady Miejskiej (a jakże by) statuty gildii – to pierwszy spisany dokument, który regulował sprawy związane z warzelnictwem. Określał on przede wszystkim zasady przyjęcia do bractwa. Wśród różnych wymogów były takie, iż kandydat musiał być mieszkańcem Kołobrzegu, musiał posiadać swój majątek przynoszący dochód. Przynależność nie była dziedziczna i gdy umierał senior rodu, właściciel warzelni, to potomkowie, by być członkami bractwa, musieli posiadać części warzelni, by móc się wykazać majątkiem. Był też wymóg, by kandydat był sprawny fizycznie, umiał jeździć konno itd. Jednym słowem, ponieważ czasy były niespokojne, by mógł i potrafił orężem bronić swego i bractwa majątku. Bractwo ustalało zasady i warunki warzenia soli. Między innymi można było warzyć sól jedynie wiosną i latem. Jesienią i zimą nie wolno było używać solanki nawet na potrzeby domowe, bo, jak tłumaczono, przyroda musi odpocząć, by nabrzmieć i nabrać sił na wiosnę i lato. Nie wolno też było warzyć soli ani wozić drewna po zamknięciu bram miejskich. Statuty określiły też dokładne wymiary panwi. Przeliczając na dzisiejsze jednostki, miały wymiary: długość ok. 3,5 m, szerokość ok. 3,2 m i głębokość ok. 30 cm. Restrykcyjnym zasadom podlegała też gospodarka drewnem, które służyło na opał. Np. nie wolno było wycinać drzew na Wyspie Solnej i w lesie obok Kołobrzegu. Drewno między innymi spławiano Parsętą. Nie wolno też było gromadzić drewna pod kotami na następny sezon. Nic zaś statuty nie wspominają o samym procesie warzenia, to by mogło wskazywać na to, że nie zmieniał się on wiekami.

 

Kołobrzeg i Hanza

Popyt na sól kołobrzeską i solone śledzie oraz nadawane miastu przez książęta przywileje pozwalające na handel na ich ziemiach powodowały szybki rozwój Kołobrzegu. Dzięki silnej pozycji ekonomicznej jako ośrodka produkcji i handlu solą oraz jako znaczący port w XIV wieku miasto staje się członkiem Hanzy. To powoduje udogodnienia w handlu morskim.

Dla Hanzy przyłączenie Kołobrzegu było logicznym posunięciem. Jako producent soli Kołobrzeg wzmacniał zabezpieczenie dostaw tego kluczowego surowca, potrzebnego do konserwacji śledzi – jednego z filarów gospodarki Hanzy. Jednocześnie port w Kołobrzegu stał się nowym węzłem w bałtyckiej sieci handlowej Ligi.

Hanza, luźny związek miast handlowych, swoją potęgę zbudowała na kilku filarach. Jednym z najważniejszych był właśnie handel solą. Model był genialny w swojej prostocie: Sól (z Lüneburga i Kołobrzegu) transportowano na wschód, do portów bałtyckich, takich jak Gdańsk czy Ryga. Na miejscu sól była wykorzystywana do beczkowania ogromnych połowów bałtyckich śledzi. Tak zakonserwowany, trwały towar eksportowano do Zachodniej Europy, gdzie był podstawą postnej diety. I zamknięcie cyklu: statki wracały na wschód, wioząc flandryjskie sukno, wino i towary luksusowe.

Warzelnia soli
Fragment makiety warzelni - ze zbiorów Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu

 

Statki „białego złota” i ich ukryty wróg

By dotrzeć na rynki wschodniej Europy, sól musiała pokonać Bałtyk. Przez wieki do jej transportu używano statków odpowiadających swoim epokom. W średniowieczu królowały na Bałtyku kogi – jednomasztowe statki naśladujące kształtem łupinę orzecha, o charakterystycznej prostokątnej rufie. Były statkami uniwersalnymi, ale ich ładownie doskonale nadawały się do układania beczek. Sól przewożono niemal wyłącznie w dębowych beczkach. Była to pierwsza w Europie Północnej standaryzowana jednostka ładunkowa. Beczki nie tylko chroniły towar przed wilgocią, ale także, odpowiednio ułożone w ładowni, mogły pełnić funkcję balastu.

Jednak ten sam ładunek, który dawał bogactwo, niósł ze sobą wiele problemów i zagrożeń. Beczki z wilgotną solą lub uszkodzone mogły przeciekać. Rozpuszczona sól tworzyła solankę, która zalewała dno ładowni. W czasie sztormu płynny ładunek mógł się swobodnie przemieszczać z burty na burtę, powodując gwałtowne, niekontrolowane przechyły, które mogły doprowadzić do utraty stateczności i wywrócenia się statku.  Właściwy trym i załadunek były kluczowe dla stateczności – była to wiedza na tyle istotna, że poświęcano jej osobne traktaty.

Kolejnym problemem była wilgoć, o którą nietrudno na morzu, szczególnie na drewnianym statku (z przecieków, kondensacji, mokrego drewna beczek). Powodowała, że sól twardniała, rozsadzała beczki i cementowała się w ładowni. Ładunek stawał się jednolitą, twardą masą, uniemożliwiając jego rozładunek w porcie docelowym. W skrajnych przypadkach trzeba było go rozbijać kilofami.

Morska woda z zewnątrz i słona wilgoć od środka – to musiało mieć zgubny wpływ na wszystkie metalowe elementy (okucia, nity), które korodowały znacznie szybciej. Sól i solanka niszczyły również drewno kadłuba i pokładu, przyspieszając jego gnicie. Statki wymagały częstszych i droższych remontów, a ich żywotność znacząco się skracała.

Koga
Hanzeatycka Koga - na podstawie materiałów historycznych wygenerowana przez AI

Transport soli miał też wpływ na kondycję załogi. Para solna unosząca się z ładowni podrażniała skórę, oczy i drogi oddechowe marynarzy. Praca przy ładunku groziła ranami, które pod wpływem soli goiły się bardzo wolno i boleśnie, co w epoce przedantybiotykowej mogło prowadzić do śmiertelnych zakażeń. Transport „białego złota” był więc zajęciem nie tylko lukratywnym, ale i wyjątkowo niebezpiecznym, nawet bez wrogich okrętów na horyzoncie.

 

Wojny

By transporty przebiegały sprawnie, potrzebna była swoboda poruszania się morskimi szlakami z zachodniej Europy do wschodniej części Bałtyku. Hanza kontrolowała główne szlaki handlowe między wschodem a zachodem Europy, czerpiąc z naturalnej przewagi geograficznej i doświadczenia morskiego. Nie scentralizowała handlu solą w jednym miejscu, lecz zbudowała system wokół kluczowych ośrodków i szlaków. Na obcych terytoriach działały kontory – zamknięte faktorie handlowe o własnej jurysdykcji, jak te w Londynie, Brugii, Bergen i Nowogrodzie. Dawały one kupcom hanzeatyckim wyjątkowe przywileje, takie jak zwolnienia z ceł i podatków. Od XIV wieku Hanza coraz częściej stosowała środki ochrony swoich interesów. W przypadku zagrożenia jej pozycji sięgała po embarga handlowe czy blokady morskie, a nawet wojnę. Każde zagrożenie swobody na szlakach morskich traktowane było jako akt wojny.

A tu masz ci los. Król Danii, Szwecji i Norwegii – Eryk VII Pomorski, nie dość, że otworzył porty Unii Kalmarskiej dla kupców holenderskich i angielskich, co osłabiało monopol hanzeatycki, to posiadając jeszcze kontrolę nad Cieśninami Duńskimi, wprowadza opłaty sundzkie (Sound Dues), co łamało wcześniejsze traktaty gwarantujące Hanzie wolny handel i zwolnienie z ceł. W 1426 r. Hanza ogłasza wojnę i ustanawia blokadę Sundu. Ponieważ miasta Hanzeatyckie to były bogate ośrodki, każde z nich posiadało obok floty handlowej swoją flotę wojenną.

 

Przesolony interes

W 1427 roku, w środku lata do Cieśnin Duńskich zmierzały dwa konwoje Hanzy – z północy, z Morza Północnego i z południa, z Bałtyku. By chronić ich swobodne przepłynięcie przez cieśniny, Hanza wysyła 36 okrętów, głównie kogi pod dowództwem samego burmistrza Lubeki, Steena Tidemanna. Okręty podzielone były na trzy eskadry: lubecką, dowodzoną przez Tidemanna, hamburską dowodzoną przez burmistrza Hamburga Heina Hoyera i wismarską dowodzoną przez Johanna Bantzkowa. Eskadra lubecka miała zaatakować Szwedów, podczas gdy eskadra hamburska i wismarska miały zmierzyć się z Duńczykami.

I faktycznie eskadra Tidemanna uderzyła na statki szwedzkie dowodzone przez Gregera Magnussona – radcę królewskiego. Lubeczanie wdarli się na pokład okrętu Magnussona, zdobywając statek oraz jego cenną flagę okrętową. Sam Greger Magnusson został pojmany i zabrany do niewoli. Magnusson pozostał w niewoli w Lubece aż do zawieszenia broni w 1432 roku. Zdobyta szwedzka flaga (nazywana flagą unii – Unionsflagge) została przewieziona do Lubeki. Przez wieki (aż do 1942 r.) była przechowywana w kościele Mariackim (Marienkirche) jako trofeum wojenne.

W tym czasie eskadra hamburska mierzyła się z Duńczykami. Król Danii Eryk VII (lub, według części źródeł, książę Barnim III Pomorski) nie czekał biernie w porcie. Jego flota, licząca około 33 okrętów, wyszła na spotkanie. Nie podzielił on swej floty, tylko skupił całą siłę na jednej odosobnionej eskadrze.

Eskadra Hoyera, próbując obejść wyspę Saltholm od wschodu, wpłynęła na wody, które Duńczycy znali jak własną kieszeń i na to tylko czekali. Gdy tylko hanzeaci znaleźli się na wodach, które niezbyt znali, z licznymi płyciznami i mieliznami, flota duńska przystąpiła do ataku. Nie chodziło od razu o klasyczny abordaż, ale o zastosowanie presji psychologicznej i fizycznej. Duńskie okręty, prawdopodobnie bardziej zwrotne, naciskały na flanki i tyły formacji Hoyera, stopniowo zawężając jej pole manewru i wymuszając ruch w ściśle określonym, zdradliwym kierunku. Hanzeaci, nieznający tych wód, znaleźli się w pułapce: próba ucieczki lub zwrotu narażała ich na abordaż, a kontynuowanie kursu – na mieliznę. Był to moment bezsilności dla hamburczyków. Ich masywne statki, nieprzystosowane do takich manewrów, jeden po drugim osiadały na mieliźnie. Unieruchomione, straciły wszelką możliwość manewru i ucieczki, zamieniając się w nieruchome cele. Wtedy Duńczycy przystąpili do decydującego abordażu, zdobywając okręt po okręcie.

Tragedię przypieczętował całkowity brak koordynacji wśród Hanzy. Dowodzący całością sił burmistrz Steen Tidemann, widząc klęskę hamburczyków, a zapewne upojony swym zwycięstwem, zamiast ratować uwięzioną eskadrę, nakazał własnej eskadrze lubeckiej odwrót na pełne morze, by zadbać o interesy i ostrzec jeden z konwojów zmierzających w tę stronę (bodaj południowy), pozostawiając Hoyera i jego ludzi na pastwę losu. Eskadra wismarska Bantzkowa, zapewne by nie narażać się na straty i koszty dla miasta, w ogóle nie włączyła się do bitwy, zachowując bierną postawę. Efekt był taki, że 18 statków i ich załogi, wraz z dowódcą Henrykiem Hoyerem, dostały się do niewoli. Hoyer pozostał w duńskiej niewoli aż do zakończenia wojny w 1432 roku. Co prawda po powrocie do Lubeki Tidemann został oskarżony o zdradę i osadzony w więzieniu, ale mleko już się rozlało.

Koga przekrój

Najtragiczniejszy los spotkał jednak północny konwój, którego statki, nieświadome porażki, spokojnie wpłynęły w cieśninę, gdzie zostały otoczone i przejęte przez flotę Eryka VII. Wśród około 40 zdobytych statków handlowych było 15 jednostek gdańskich. Ładownie wypełnione „białym złotem”, drewnem i zbożem przepadły.

Klęska pod Kopenhagą była druzgocąca taktycznie i prestiżowo, ale jej najgorszym skutkiem było trwałe przekształcenie bałtyckiej żeglugi. Umocniony zwycięstwem król Eryk już w 1428 roku wprowadził stałe opłaty od wszystkich obcych statków przepływających przez Sund. Była to pierwsza taka stała danina w historii żeglugi.

Hanza, choć ostatecznie nie przegrała całej wojny, musiała zaakceptować nową rzeczywistość. Jej monopol został naruszony, a koszty handlu – podniesione. To wydarzenie było symbolem stopniowego schyłku potęgi Ligi. Luźna konfederacja niezależnych miast dawała elastyczność, lokalną inicjatywę i ogromną siłę finansową. Każde miasto dbało o własny zysk, co napędzało cały system. Jednak ta sama struktura okazała się katastrofalna w sytuacji wymagającej jednolitego dowództwa, dyscypliny i poświęcenia dla wspólnego celu. W bitwie pod Kopenhagą nie istniała „flota Hanzy”, tylko eskadra Lubeki, eskadra Hamburga i eskadra Wismaru – każda z własnym dowódcą, lojalnością i rozumieniem sytuacji. Tak to bywa, gdy się „przesoli” i przedłoży własny interes nad wspólnotę – wtedy płaci się słono. (Jako żywo nie mogę się oprzeć współczesnym skojarzeniom).

W chaosie takich wojen, gdy królowie i miasta toczyli boje o monopol, a szlaki handlowe stawały się niebezpieczne, na wodach Bałtyku rozkwitał inny, mroczny proceder. Przejęte statki z solą, złupione konwoje – to była codzienność dla tych, którzy uczynili z morza teren łowiecki. Działali na usługach zwaśnionych stron lub dla własnego zysku. Niektórzy z nich okryli się wielką sławą. Ale to już zupełnie inna, pełna wiatru, krwi i żelaza opowieść.

 

A czy da się bez soli?

Soli na co dzień używamy, nawet nie zastanawiając się nad tym. A gdyby zabrakło soli na pokładzie? Abstrakt? Niezupełnie. Zdarzyło mi się kiedyś, że robiąc zakupy na daleki przelot, nie kupiłem soli. Zapomniałem, a w zapomnieniu pomogło mi „przeświadczenie”, że przecież sól to zawsze jest. A tu nie ma soli i co wtedy? Albo w sytuacji, kiedy świadomie chcemy ograniczyć spożycie soli. Można ją zastąpić na różne sposoby.


Mistrzowie "Umami" (bogate w naturalny glutaminian). To one najwierniej imitują słony, mięsisty posmak.

  • Grzyby suszone (borowiki, podgrzybki, shiitake): zawierają bardzo dużo glutaminianu. Zmielone na proszek (lub użycie proszku grzybowego) to fantastyczny "wzmacniacz smaku" do zup, sosów, gulaszy.

  • Pomidory suszone: mają intensywne, skoncentrowane umami. Pokrojone lub zmiksowane dodadzą głębi sosom, pastom, dipom.

Warzywa o intensywnym, słonawym smaku:

  • seler (naciowy i korzeniowy).

  • Cebula i czosnek: podsmażone, karmelizowane lub pieczone wydobywają naturalną słodycz i głębię, która równoważy brak soli.

  • Por: działa podobnie do cebuli, ale delikatniej. Idealny do zup kremów i potraw duszonych.

Zioła i przyprawy, które "podkręcają" smak. Nie są słone, ale ich intensywność odwraca uwagę od braku soli i dodaje charakteru.

  • Lubczyk: nazywany "maggi z ogródka", ma bardzo charakterystyczny, intensywny smak kojarzony z rosołem. Używaj go oszczędnie.

  • Koper włoski (nasiona i świeży): ma anyżkowy, lekko słodkawy smak, który świetnie komponuje się z rybami, kurczakiem i warzywami.

  • Kminek i kolendra (nasiona): po uprażeniu i zmieleniu dają potrawie głębię i orzechowość.

  • Mieszanki ziół: majeranek, tymianek, rozmaryn, oregano. Ich ziemistość i goryczka doskonale zastępują sól w daniach mięsnych, zupach i gulaszach.

  • Papryka w proszku (słodka, wędzona): nadaje piękny kolor i słodkawą, dymną nutę.

  • Imbir i kurkuma: świeże lub sproszkowane dodają ciepła i aromatu, które wzbogacają percepcję smaku.

  • Chilli (w proszku lub świeże): ostrość silnie pobudza kubki smakowe.

 

Rodem z soli

Soliród
Soliród

Są też rośliny, które naturalnie są zaopatrzone w sól. Ogólnie zwane halofitami, rosną na zasolonych glebach, gdzie „normalne” rośliny nie miałyby szans na przetrwanie. Dawniej były powszechniej używane i to dosłownie zamiast soli. Dzisiaj w Polsce są one pod ochroną, gdyż wchodzą w skład delikatnych nadmorskich ekosystemów. Są to między innymi: aster morski, babka nadmorska, sit Gerarda czy świbka morska.

Ale jest jedna roślina, która „wraca do łask” i coraz częściej można ją kupić – mój faworyt – soliród. Jest też często określany jako „szparag morski” lub „fasola morska” (ang. sea beans), co odnosi się do jego kształtu i sposobu wykorzystania w kuchni. W Europie najwyżej cenione są młode, zielone pędy zbierane przed drewnieniem rośliny, co zazwyczaj przypada na okres od maja do sierpnia.

Soliród jest bogatym źródłem witaminy C oraz witamin z grupy B. Zawiera również flawonoidy i polifenole o działaniu antyoksydacyjnym, co wspomaga układ odpornościowy załogi podczas męczących rejsów. Wysoka zawartość magnezu i wapnia w solirodzie to „miód” na pracę mięśni i zapobieganie skurczom. Dodatkowo dostarcza jodu, bromu i krzemu. A ten jest szczególnie istotny dla naczyń krwionośnych oraz zdrowia skóry i paznokci, co przy częstym kontakcie ze słoną wodą ma niebanalne znaczenie. Mimo że soliród jest słony, badania wykazują, że jego wpływ na ciśnienie tętnicze może być inny niż czystej soli kuchennej. Ma on intensywny słony smak przy niższej zawartości sodu niż sól kuchenna.

Najczęściej serwowany jako dodatek do smażonych lub pieczonych ryb (np. okonia morskiego, łososia czy pstrąga), krótko blanszowany i podawany z masłem oraz cytryną. Doskonale komponuje się z małżami, krewetkami oraz kalmarami. Dodaje się go do linguine z owocami morza lub domowego gnocchi z masłem i natką pietruszki. Może być smażony w cieście tempura, marynowany w occie winnym z przyprawami lub używany jako słony dodatek do Gin & Tonic. Tradycyjnie towarzyszy jagnięcinie, szczególnie tej wypasanej na słonych łąkach.

Ma jeszcze jedną ciekawą zaletę. Gdybyście chcieli chować soliród w doniczce na jachcie – bo czemu nie – to można go śmiało (a nawet powinno się) podlewać wodą prosto zza burty.

Sól była i jest niezbędna w naszej kuchni. Potrawy bez niej nie smakują tak dobrze, ale przy jej nadmiarze stają się niezjadliwe. Więc warto solić, nie zawsze czystą solą, ale tak, by nie przesolić.

 

Ryba w „morskim szparagu”

Jeśli udało Ci się kupić świeży soliród (często dostępny w większych sklepach jako samphire), możesz przygotować danie, które smakuje jak najlepsza kolacja w portowej tawernie, a wymaga tylko 10 minut pracy.

 

Składniki:

  • filety z białej ryby (dorsz, sandacz lub okoń morski),

  • duże garści świeżego solrodu,

  • ząbki czosnku (posiekane w plasterki),

  • pół cytryny,

  • olidna łyżka masła,

  • pieprz czarny lub kolorowy (świeżo mielony).

     

Przygotowanie:

Filety osusz ręcznikiem papierowym i oprósz wyłącznie pieprzem.

 

UWAGA: Nie używaj soli! Soliród odda jej wystarczająco dużo.

 

Smażenie: Na patelni rozgrzej masło. Gdy zacznie „bąbelkować”, połóż rybę (jeśli jest ze skórą – najpierw od strony skóry). Smaż ok. 3–4 minuty z każdej strony, aż będzie złocista. Zdejmij rybę na talerz.

Dodatki: Na tę samą patelnię wrzuć czosnek i soliród. Smaż dosłownie 2 minuty, cały czas mieszając. Soliród powinien lekko zmięknąć, ale pozostać chrupiący i intensywnie zielony.

Finał: Skrop wszystko sokiem z cytryny. Wyłóż soliród na rybę.

 

Jeśli soliród wydaje Ci się zbyt słony (możesz to sprawdzić „na surowo”), przed smażeniem namocz go przez 15 minut w słodkiej wodzie.


Magazyn Żeglarstwo

 
 
 

Komentarze


DSC00999_edited.jpg

©2020 by Artur Zamydlacz Szklarz.

bottom of page