top of page

Nie pozwólmy wiktuałom psuć się!

Człowiek nie jest taki, żeby nie popłynął. I nie chodzi tu o to, że czasem, gdy trzeba zrobić zakupy na dłuższy czas - na przykład przed rejsem, sporządzamy listę, wchodzimy do sklepu i zaczynamy pakować do kosza. Ponieważ doskonale wiemy, co nam jest potrzebne, więc kierujemy się w stronę konkretnych półek. Po drodze zauważamy jednak pewną małą rzecz. Wtedy pojawia się drobna myśl: „Warto mieć tę MAŁĄ RZECZ, bo moglibyśmy zrobić TAKIE COŚ.” A zaraz za nią druga: „Tak, to świetny pomysł. Tylko by zrobić TAKIE COŚ, to potrzebujemy jeszcze TAMTO i OWO.” Więc bierzemy tę MAŁĄ RZECZ i zmieniamy kierunek, by jeszcze dobrać TAMTO i OWO...


W końcu mamy TAMTO i OWO, więc basta! Wracamy do listy z silnym postanowieniem, by już tylko jej się trzymać. I wtedy zza pleców słyszymy niewinny głos  jednego z kamratów naszej zakupowej niedoli:

- Słuchajcie, przydałoby się jeszcze TO.

Nasza pierwsza reakcja jest oczywista:

- Daj spokój. Już kupiliśmy dodatkowo MAŁĄ RZECZ, a do niej TAMTO i OWO. TO nam jest nie potrzebne.

Lecz już po chwili pojawia się taka natrętna myśl: „ W sumie, może to niegłupi pomysł?”. I wtedy słychać inny głos, który potwierdza twoją myśl:

- Ty ... Masz rację. Moglibyśmy wtedy zrobić TAKI TEN.

No i szukamy, gdzie jest TO i inne rzeczy, które są potrzebne na TAKI TEN. I rozciąga nam się ta lista, zmienia, ewoluuje. A kosz pęcznieje i pęcznieje od najprzeróżniejszych wiktuałów, by potem, po rozpakowaniu wszystkiego na jachcie, otworzywszy zapchaną lodówkę, stwierdzić, że nie bardzo jest co do zjedzenia.

Nie, to nie o to chodzi, to raczej o to chodzi, by z sympatyczną osobą i fajną potrawą wyjść do kokpitu i popatrzeć na zachodzące słońce lub bujające się fale. Bądź o to, by popróbować na rozkołysanym morzu zjeść pyszną potrawę, uważając,  by żaden z wiktuałów nie wypadł z talerza.  To pewnie bardziej o to chodzi.

 

Zdarzyło się w pewnym rejsie, że płynąc szkierami, trafiliśmy do Sztokholmu. Wracając ze sklepu z zakupami przechodziliśmy obok muzeum statku Vasa. Wybudowany w XVII wieku olbrzym niewiele popływał, bo jego rejs był długości niespełna dwóch mil, gdy zatonął. A zakupy, dawne statki, Sztokholm, szkiery, wielkie dzieła i upadki nasunęły mi na myśl pewną historię o nietypowych wiktuałach.

 

Dobre wiktuały

Właśnie Sztokholm był zaczynem tej opowieści, choć sama rozgrywa się dużo, dużo wcześniej. Tak dawno, że nawet  praprapra ... dziadek głównego budowniczego Vasy nie był jeszcze nawet w planach.

W 1389 roku wybuchł otwarty konflikt między królową Danii i Norwegii, Małgorzatą I, a królem Szwecji, Albrechtem Meklemburskim. Albrecht został pokonany i uwięziony przez Małgorzatę. Zwolennicy Albrechta (w tym książęta Meklemburgii) nadal kontrolowali Sztokholm, który został oblężony przez Duńczyków.

​Aby utrzymać obronę Sztokholmu, książęta Meklemburgii wydali tzw. listy kaperskie (licencje na korsarstwo) niezależnym kapitanom i załogom. Ich zadaniem było łamanie duńskiej blokady i dostarczanie do obleganego miasta zaopatrzenia. Jednym słowem mieli grabić i łupić, ale legalnie, wedle prawa wojennego swoich mocodawców i na ich korzyść. Ich ataki na duńskie statki były aktami wojny, a nie, jak by się komuś mogło wydawać, piractwem. A że głównym, co dostarczali, była żywność, czyli wiktuały, więc nazywano ich Vitalienbrüder, co można by przetłumaczyć jako Bracia Wiktualni, ale ostatecznie przyjęła się nazwa Bracia Witalijscy. Ponieważ oblężenie trwało kilka lat, więc zyskali spore doświadczenie i siłę, rekrutując dużą liczbę zdesperowanych, bezrobotnych marynarzy i najemników.

 

Średniowieczne mury Visby
Średniowieczne mury Visby / fot. Arild Vagen, CC BY-SA 4.0

Niepotrzebne wiktuały

W 1392 roku, dzięki mediacji Hanzy, która dążyła do stabilizacji handlu, osiągnięto rozejm. Oblężenie Sztokholmu zostało przerwane, a Albrecht został w końcu zwolniony. Bracia Witalijscy przestali być potrzebni. Utracili swoje listy kaperskie i wsparcie. Stanęli przed wyborem: rozwiązać się i wrócić do życia (którego często nie mieli, będąc wyrzutkami), albo kontynuować dochodowe zajęcie.

No i zepsuły się Wiktuały, gdyż wybrali to drugie. Zamiast dostarczać żywność, zaczęli ją kraść. Utrzymali swoje siły, taktykę i organizację, ale zaczęli atakować wszystkie statki, niezależnie od bandery, w tym te należące do Hanzy, która była ich dawnym sojusznikiem (Hanza pomagała Meklemburgom). I tak z legalnych piratów, to znaczy kaperów, stali się nielegalnymi piratami.

A poczynali sobie nader zuchwale. W 1393 roku Bracia Witalijscy przeprowadzili zuchwały i niszczycielski atak na norweskie miasto Bergen, ważny port handlowy. Atak ten uderzył w interesy Hanzy (w szczególności w niemieckie faktorie kupieckie, zwane Bryggen). Zrabowanie Bergen pokazało, że piraci nie zawahają się przed inwazją na ufortyfikowane miasta. Rok później kolejny sukces piratów, którzy zdobyli i splądrowali duńskie miasto Malmö (wówczas część Danii), położone u cieśnin duńskich. Atakowali i plądrowali także porty wschodniego Bałtyku i Finlandii, m.in. Turku (Åbo) i Wyborg (Viipuri).

Choć zwani Bracia Witalijscy sami siebie określali mianem Likedeelers, co w języku dolnoniemieckim oznaczało "dzielący po równo" lub "równodzielący się łupem". Ta nazwa przyczyniła się do powstawania ich legendy jako "dobrych rozbójników" w oczach uboższej ludności, której czasem rozdawali część łupów, podobnie jak Robin Hood czy Janosik.

W czasach kaperskich ich struktura opierała się na sojuszch z kontynentalnymi władcami, np. z książętami Meklemburgii. Po 1392 roku to wsparcie jednak osłabło, a co zmusiło ich do samodzielnego szukania własnej bazy.

 

Gniazdo piratów

Padło na Gotlandię. Nie tylko ze względu na jej centralne położenie na Bałtyku, ale także ze względu na jej krytyczną słabość militarną w tamtym okresie. W latach 90. XIV wieku Gotlandia była polem sporów dynastycznych. Nominalnie należała do Królestwa Szwecji, ale była obiektem walk między Małgorzatą I (królową unii kalmarskiej) a zwolennikami Albrechta Meklemburskiego. Władze sprawujące kontrolę nad Visby były słabe i nieskoordynowane. Lokalna załoga i rycerstwo nie miały motywacji ani siły, by stawić czoła dużej, zdesperowanej armii piratów. Samo miasto było niesamowicie bogate (pozostałość po dawnej świetności Hanzy), ale jego fortyfikacje – mimo imponujących murów obronnych (Visby Ringmur) – były niedofinansowane i obsadzone małym garnizonem. Inwazja nie polegała na długim, kosztownym oblężeniu, lecz na szybkim przejęciu kontroli nad wyspą.​

Początkowo zajęli mniejsze, słabiej bronione porty i zatoki na obrzeżach wyspy (np. Fårö). Ich siły lądowe pokonały słaby opór lokalnego rycerstwa poza Visby. Samo zdobycie Visby było relatywnie szybkie: Piraci wykorzystali zaskoczenie i przewagę militarną, niszcząc zewnętrzne struktury obronne. Miasto, mimo murów, szybko się poddało lub zostało zajęte po krótkim szturmie. Było to oznaką, że władza miejska (rady kupieckie) wolała uniknąć zniszczenia i rzezi, niż walczyć do końca. 

Po zdobyciu, Bracia Witalijscy przekształcili Visby w swoje centrum operacyjne. Miasto stało się gigantycznym magazynem dla zrabowanych dóbr, z którego piraci dokonywali podziału łupów i zaopatrywali swoje statki. Według kronik, łupy były tak duże, że "złote naczynia stały się powszechne". Ponoć do dziś gdzieś na wyspie są ukryte skarby. Wprowadzili na wyspie swoje własne zasady, oparte na idei Likedeelers. Mury i port Visby stały się nieprzeniknioną bazą, z której pirackie floty wyruszały na Bałtyk i do której bezpiecznie wracały, mając w zasięgu ręki naprawy i zapasy.

Przez cztery lata panowania piratów (1394–1398) Gotlandia stała się symbolem bezprawia - było to prawdziwe  "Gniazdo Piratów" (Schrecken der Ostsee – Postrach Bałtyku).

Zdobycie tego bogatego, ale osłabionego portu, dało piratom idealną, ufortyfikowaną bazę, z której mogli przez kilka lat nękać cały Bałtyk. Kontrolowali niemal cały handel morski między Wschodem a Zachodem. Przejęcie Visby w Gotlandii było kulminacją ich transformacji. Z małych flotylli do przewozu żywności, stali się zorganizowanym, quasi-państwowym podmiotem zdolnym do utrzymania dużej bazy, która zagrażała całemu handlowi morskiemu Europy Północnej.

 

Zepsute wiktuały psują inne dobra

Działalność Braci Witalijskich miała ogromny i niszczycielski wpływ na handel solą i śledziami, ponieważ te dwa towary były kluczowe dla gospodarki i diety średniowiecznej Europy Północnej. Ich działalność uderzała bezpośrednio w podstawowe interesy Hanzy, która kontrolowała ten handel. Piraci celowali w statki przewożące śledzie z rejonu Skanii (dzisiejsza Dania/Szwecja), gdzie odbywały się masowe połowy i solenie. Były to statki pełne łatwego do zrabowania i szybkiego do zbycia, cennego towaru. Skuteczne rabunki powodowały niedobory śledzi na rynkach Europy Środkowej i Wschodniej (w tym w Polsce), gdzie śledzie były podstawą diety postnej. Zmniejszona podaż w połączeniu z ogromnym popytem doprowadziła do spektakularnego wzrostu cen śledzi. Kroniki Hanzy odnotowują, że w pewnych okresach ceny były tak wysokie, że śledzie stały się luksusem dostępnym tylko dla bogatych. Handel śledziami miał charakter sezonowy i wymagał szybkiego transportu. Działalność piratów paraliżowała te kluczowe okna czasowe, zmuszając statki do opóźnień lub podróżowania w kosztownych, wolnych konwojach.

Klaus Stortebeker
Pomnik Klausa Stortebekera w Hamburgu / fot. Palauenc05, CC BY-SA 4.0

Sól była drugim, równie krytycznym towarem. Służyła nie tylko do przyprawiania, ale przede wszystkim do konserwacji ryb (zwłaszcza śledzi) i mięsa, umożliwiając handel nimi na duże odległości.  Podobnie jak w przypadku śledzi, wzrost ryzyka ataku pirackiego podnosił ceny soli.  Brak lub bardzo wysoka cena soli uniemożliwiała odpowiednią konserwację złowionych śledzi. To uderzało w samą podstawę bałtyckiego rybołówstwa i handlu. Jeśli nie było soli, nie było konserwowanych śledzi do eksportu. Hanza była zmuszona organizować konwoje z eskortą, co było operacyjnie kosztowne i spowalniało obroty handlowe.

Działalność Braci Witalijskich miała również, co prawda pośredni, ale negatywny wpływ na Kołobrzeg, który był w średniowieczu jednym z głównych i najstarszych ośrodków produkcji oraz handlu solą na polskim wybrzeżu. Kołobrzeg produkował sól warzoną z solanek. Była ona eksportowana drogą morską do różnych portów bałtyckich, a także szlakami lądowymi w głąb Polski i Brandenburgii. Aktywność piratów z bazy w Visby koncentrowała się na głównych szlakach handlowych Bałtyku, przez które przepływały statki z Kołobrzegu i do niego. Kupcy kołobrzescy (a miasto było członkiem Hanzy) musieli płacić wyższe stawki za fracht i ubezpieczenie transportowanej soli. Samo ryzyko utraty towaru obciążało ich finanse. Choć sól kołobrzeska była ceniona, ogólne utrudnienie żeglugi i wzrost kosztów sprawiały, że wzrastała jej cena końcowa, co mogło ograniczać popyt na bardziej odległych rynkach.

Chociaż Kołobrzeg był chroniony i nie był łatwym celem do splądrowania, statki kupców kołobrzeskich były narażone na ataki Braci Witalijskich na otwartym morzu, podobnie jak statki gdańskie czy lubeckie. Kołobrzeg nie tylko eksportował sól, ale i importował sukno, metale oraz inne towary, które były potencjalnym łupem dla piratów. Jako miasto hanzeatyckie, był zobowiązany do włączania się w system konwojów i łożenia na obronę morską Hanzy. To oznaczało dodatkowe obciążenie finansowe dla miasta w celu zwalczania piractwa, które było bezpośrednią konsekwencją działalności Braci Witalijskich.

​.

Wygnanie z Gotlandii

Straty poniesione przez Związek Hanzeatycki, szczególnie przez bogatą Lubekę, były ogromne. Hanza nie miała siły militarnej zdolnej do samodzielnego, trwałego zneutralizowania tak silnego i okrzepłego "państwa piratów". Zwróciła się zatem o pomoc do potęgi militarnej zdolnej do przeprowadzenia skutecznej inwazji: Zakonu Krzyżackiego.

​ Wielki Mistrz Zakonu Krzyżackiego, Konrad von Jungingen (starszy brat Ulricha, który zostanie Wielkim Mistrzem po bracie i w 1410 zginie pod Grunwaldem), uznał interwencję na Gotlandii za korzystną strategicznie, mimo że wyspa leżała poza głównym terytorium Zakonu. Miał ku temu kilka powodów: Piractwo zagrażało handlowi, z którego Zakon czerpał ogromne zyski; Objęcie roli "policjanta Bałtyku" podniosłoby autorytet Zakonu w oczach Europy i Hanzy; Zysk terytorialny, czyli możliwość zajęcia wyspy i jej wykorzystania jako karty przetargowej w przyszłych układach.

​ W 1398 roku Konrad von Jungingen zorganizował ogromną flotę inwazyjną (szacuje się, że około 80 statków) i desant wojsk liczący około 4000 zdyscyplinowanych żołnierzy (w tym rycerzy zakonnych i zaciężnych). Ekspedycja Krzyżacka była masowa, szybka i nie pozostawiła piratom złudzeń: Siły Zakonu wylądowały na Gotlandii i natychmiast ruszyły w kierunku ufortyfikowanego Visby. Bracia Witalijscy byli doskonałymi kapitanami i piratami, ale ich siły były w większości złożone z najemników i niesubordynowanych awanturników. Byli niezdolni do skutecznej, długotrwałej obrony dużego miasta przed doskonale wyszkoloną i zdyscyplinowaną armią Zakonu, która słynęła ze sztuki oblężniczej. Zamiast ryzykować rzeź i zniszczenie miasta (co wiązałoby się z utratą potencjalnych łupów i przyszłych dochodów), przywódcy piratów szybko podjęli negocjacje. Zakon Krzyżacki zaoferował im swobodne opuszczenie wyspy (Freies Geleit) w zamian za natychmiastową kapitulację i pozostawienie wszystkich łupów i statków. Wielki Mistrz Konrad von Jungingen, dzięki temu sprytnemu posunięciu, zajął Visby bez większych strat. Po kapitulacji Visby w 1398 roku, Zakon Krzyżacki wziął miasto i wyspę pod swoją kontrolę. Najważniejszym skutkiem dla Braci Witalijskich było to, że zostali definitywnie wygnani z Bałtyku. Zakon Krzyżacki nie tylko wypędził piratów, ale też zajął Gotlandię, którą następnie przez kilka lat (do 1408 r.) administrował, zanim ostatecznie sprzedał ją królowej Małgorzacie I.

Mury Visby, Gotlandia
Północna brama Visby / fot. Arild Vagen, CC BY-SA 4.0

 

Najbardziej znane „wiktuały”

W okresie zdobywania i kontrolowania Gotlandii (ok. 1394–1398) Bracia Witalijscy (Vitalienbrüder) nie posiadali scentralizowanej, hierarchicznej struktury militarnej na wzór zakonu czy państwa. Byli raczej luźnym sojuszem niezależnych kapitanów i ich załóg. 

Kapitanowie (Hauptleute): Byli to faktyczni dowódcy, z których każdy dowodził własnym statkiem (lub flotyllą) i załogą. Reprezentowali poszczególne frakcje lub grupy etniczne (głównie Fryzów, Meklemburczyków, a później także z innych regionów). Kapitanowie podejmowali decyzje wspólnie, na zasadzie porozumienia.

Załogi (Gefolge): Każdy Kapitan miał pod sobą załogę złożoną z marynarzy, najemników, wyrzutków i dezerterów. Załogi były często bardzo lojalne wobec swojego Kapitana, a nie wobec całej organizacji.

Likedeelers (Równodzielący): Była to ideologiczna zasada, która umacniała lojalność. Oznaczała równy podział łupów między wszystkich członków załogi (po odliczeniu części dla Kapitana i organizacji). Ta "demokratyczna" zasada przyciągała zdesperowanych ludzi i umacniała solidarność wewnątrz załogi.

Już podczas zdobywania Gotlandii zaczynają odgrywać istotną rolę. A po zdobyciu Visby ich rola staje się kluczowa (choć nieabsolutna, gdyż dzielą się władzą z innymi wodzami) w utrzymaniu wyspy jako centrum piractwa i organizowaniu stamtąd rajdów, co ostatecznie doprowadziło do interwencji Zakonu Krzyżackiego. Ci kapitanowie to: Klaus Störtebeker i Gödeke Michels.

​​Klaus Störtebeker to postać, która urosła do miana najsłynniejszego pirata w historii Niemiec i jest nieodłącznie związana z legendą Braci Witalijskich (Likedeelers). Według niektórych źródeł, jego prawdziwe nazwisko to prawdopodobnie Nikolaus Storzenbecher lub podobna forma. Wzmianki sugerują, że mógł pochodzić z terenów związanych z Hanzą. Jeden z zapisów wspomina o pewnym Johannie Stortebeker de Danzk w toruńskich księgach celnych, co sugeruje potencjalne powiązania z Gdańskiem (Danzk) lub jego regionem. Imię Störtebeker jest przydomkiem z języka dolnoniemieckiego i dosłownie oznacza "Wylewaj Kufel" lub "Obracaj Kufel" (od störte – 'wylewaj/przewracaj' i Beker – 'kufel'). Legenda głosi, że otrzymał go, ponieważ potrafił duszkiem wypić 4-litrowy (a czasem nawet większy) kufel piwa, co świadczyło o jego niezwykłej sile i wytrzymałości. 

Gödeke Michels prawdopodobnie pochodził z okolic miast hanzeatyckich, np. Wismar, choć inne źródła podają związek z Fryzją. Jest opisywany jako "strateg z Łaby", co sugeruje, że jego działalność mogła koncentrować się w rejonie ujścia tej rzeki i Morza Północnego. 

Obaj byli opisywani jako doświadczeni żeglarze, którzy mieli już na koncie napady na statki (czyli prowadzili działalność bliską piractwu) w rejonach Zatoki Helgolandzkiej i u wybrzeży Niderlandów, zanim w pełni dołączyli do organizacji. Störtebeker i Michels niekoniecznie musieli być w pierwotnej grupie, która dostarczała żywność do Sztokholmu w 1389 roku. Dołączyli do organizacji, gdy ta osiągnęła szczyt swojej siły i przechodziła transformację. Organizacja Braci Witalijskich gwałtownie rosła liczebnie, rekrutując doświadczonych, ale bezrobotnych marynarzy, kapitanów i poszukiwaczy przygód, zwłaszcza po tym, jak przeszli na czyste piractwo i opanowali Gotlandię. Ze względu na swoje doświadczenie morskie i umiejętności dowódcze, Störtebeker i Michels szybko awansowali.  

 

Wyspy fryzyjskie

Po wyparciu z Gotlandii przez Zakon Krzyżacki w 1398 roku, Bracia Witalijscy,  już pod absolutną wodzą Klausa Störtebekera - nieustraszonego i bezwzględnego siłacza  i Gödeke Michelsa - pomysłowego stratega działań, przenieśli swoją działalność na bardziej odległe wody Morza Północnego. Ich główne bazy i miejsca schronienia znajdowały się na niemieckich Wyspach Fryzyjskich Wschodnich.  Juist - jedna z ważniejszych wysp, na której mieli swoje kryjówki i skąd wypuszczali się na morskie rajdy. Norderney - również odgrywała rolę bazy wypadowej i schronienia dla załóg. Langeoog i Wangerooge - inne małe wyspy w tym archipelagu, wykorzystywane jako tymczasowe składy i przystanie. No i Helgoland (obecnie niemiecka wyspa na Morzu Północnym, położona dalej na zachód) był strategicznym punktem wykorzystywanym przez Likedeelers, zwłaszcza do spotkań i planowania operacji, zanim wpadł w ręce Duńczyków.

Kluczem do przetrwania Likedeelers na Morzu Północnym było jednak nie tyle samo panowanie nad wyspami, co wsparcie lokalnych wodzów (Häuptlinge) z Fryzji Wschodniej (kontynentalnej). Ci wodzowie, tacy jak Focko Ukena czy Keno II Tom Brok, byli w sporze z Hanzą i wykorzystywali piratów jako najemników w swoich lokalnych wojnach i konfliktach. Zapewniali im schronienie, zaopatrzenie i kwatery zimowe w portach przybrzeżnych, takich jak Greetsiel czy Marienhafe, skąd piraci mogli łatwo atakować szlaki morskie w kierunku ujścia Łaby. Dodatkowo Likedeelers utrzymywali wizerunek "dobrych rozbójników", którzy dzielili się łupami z biedną ludnością wiejską, co też pomagało w znalezieniu schronienia i poparcia.

  Störtebeker i Michels stali się najbardziej znanymi i legendarnymi przywódcami tej pirackiej organizacji, a ich współpraca jest historycznie udokumentowana. W legendach zaś często występują jako nierozłączny duet piratów. Ich działalność  na Morzu Północnym polegała głównie na indywidualnych abordażach i rabunkach. Obaj Kapitanowie prowadzili liczne, zuchwałe i niszczycielskie rajdy na statki handlowe Hanzy oraz angielskie i niderlandzkie, operując ze swoich baz. Były to setki pojedynczych, ale udanych aktów piractwa. Michels i Störtebeker brali udział w atakach na małe, nieufortyfikowane osady przybrzeżne oraz w zdobywaniu zamków i warowni wzdłuż wybrzeża Fryzji. Te akcje miały na celu zdobycie zaopatrzenia i pieniędzy oraz ugruntowanie ich pozycji wśród lokalnych wodzów (Häuptlinge), którzy ich chronili.

 

Łaciata krowa

Działalność Braci Witalijskich szczególnie mocno doskwierała Hamburgowi i Bremie. Władze Hamburga, zdesperowane stratami, w 1401 r. zorganizowały specjalną flotę mającą na celu wyśledzenie i zniszczenie piratów.  Flotą dowodził Simon z Utrechtu (niem. Simon von Utrecht), znany i doświadczony żeglarz, który stał na czele hamburskiej eskadry. I tu na scenę wkracza statek „Bunte Kuh” (dolnoniem. „Łaciata Krowa”) i podstęp. 

Łaciata Krowa
Reprodukcja obrazu "Łaciata Krowa pędzla Hansa Bohrdta / domena publiczna

Piraci byli dumni ze swojej prędkości i zdolności do manewrowania. Ich celem nie było prowadzenie długotrwałej walki pozycyjnej, lecz szybki abordaż, zdominowanie załogi i przejęcie łupu. Flota Störtebekera składała się z lekkich, szybkich statków.  Statek Hanzy, „Bunte Kuh” (Łaciata Krowa), dowodzony przez Simona z Utrechtu, był dużą kogą lub holkiem – ciężkim, solidnie zbudowanym i uzbrojonym okrętem, który mógł znieść ostrzał i był przeznaczony do transportu towarów lub, jak w tym przypadku, do walki.  „Łaciata Krowa” celowo wystawiła się jako pozornie łatwy, bogaty cel, udając statek handlowy. 

Spotkali się prawdopodobnie niedaleko wyspy Helgoland lub w okolicach Bremerhaven. Klaus Störtebeker zaatakował, ufając w zuchwałość i szybkość swoich ludzi. Ale tu napotkał pierwszą niespodziankę - zamiast bezbronnego, handlowego statku nadziali się na ciężko uzbrojony i dobrze wyposażony okręt, co pozwoliło mu skutecznie odeprzeć abordaż.  Najsłynniejsza, choć być może przesadzona, relacja głosi, że Simon z Utrechtu użył geniuszu inżynieryjnego, co było kolejną niespodzianką. Miał kazać wystrzelić specjalne kotwice łańcuchowe lub pęta (sieci z łańcuchów), które zaplątały się w ster lub takielunek pirackiego okrętu, unieruchamiając go. Bez możliwości manewrowania, piracka koga stała się łatwym celem wystawionym na ostrzał z kogi Hanzy. Po unieruchomieniu okrętu Störtebekera, bitwa szybko się skończyła. Simon z Utrechtu wykonał swoje zadanie, a Störtebeker  i jego załoga zostali schwytani.

Ponoć podczas przeszukiwania jego statku, Hanzeaci znaleźli ogromne skarby. Jedna z opowieści mówi, że w maszcie jego statku znaleziono złoty łańcuch tak długi, że można było nim otoczyć wieżę kościoła św. Katarzyny w Hamburgu. Z części tych łupów miano następnie odlać słynny Dzwon Maryi w tym kościele.

 

Egzekucja​

Störtebeker wraz z około 70 innymi piratami został przetransportowany do Hamburga i osądzony. Zostali skazani na śmierć przez ścięcie. Egzekucja odbyła się w 1401 roku na hamburskiej wyspie Grasbrook (obecnie część portu).

Najsłynniejsza legenda o Störtebekerze związana jest z  jego egzekucją. Gdy znał już wyrok, chciał ratować ludzi. Poprosił burmistrza Hamburga, aby jego ściął jako pierwszego i by darował życie wszystkim tym jego towarzyszom obok, których zdoła przejść już po ścięciu głowy. Burmistrz przekonany, że ciało bez głowy nie poruszy się o krok, zgodził się. Ale nie wiedział, że to nie byle niedojda złodziejaszek tylko potężny Klaus Störtebeker.

Egzekucja Klausa Stortebekera
Egzekucja Klausa Stortebekera na wyspie Grasbrook w Hamburgu / domena publiczna

Gdy opadł miecz i głowa się potoczyła, ciało zaczęło iść obok piratów. Minęło jednego, drugiego, trzeciego i dalej szło. Kiedy tak ciało Störtebekera mijało kolejnych towarzyszy, burmistrz wystraszył się, że to się nie skończy i nakazał katu by ten powalił bezgłowe ciało. Tu legendy są różne: jedne twierdzą, że po jedenastu, inne, że po minięciu dwunastu piratów kat powalił ciało na ziemię.  I tu legendy też różnie mówią: jedne, że kat rzucił się na ciało i wraz z nim runął na ziemię, inne zaś, że bał się zbliżyć do ciała i jedynie podciął mu nogi, przez co ciało padło na ziemię. Pomimo, że Störtebeker przeszedł obok jedenastu lub dwunastu osób, burmistrz nie dotrzymał słowa i kazał ściąć wszystkich pozostałych.

Dzisiaj w Hamburgu, w porcie, znajduje się słynny pomnik Klausa Störtebekera. Dla niektórych był on jedynie bandytą, rabusiem i okrutnym piratem, lecz dla innych pozostaje symbolem buntu przeciwko potędze Hanzy i jest postrzegany jako bohater ludowy, który zabierał bogatym i rozdawał biednym. A jego egzekucja jest jednym z najbardziej znanych wydarzeń w historii niemieckiego piractwa.

 

Ostatni Akord

Po schwytaniu Klausa Störtebekera w 1401 roku, Gödeke Michels objął samodzielne dowództwo nad pozostałymi siłami piratów. Jednak jego panowanie było krótkie. Latem 1401 roku (lub 1402 roku, daty są różne, ale najczęściej podawany jest rok 1402), Michels został schwytany. Podobnie jak Störtebeker, został postawiony przed sądem Hanzy, uznany za winnego piractwa i skazany na śmierć. Gödeke Michels został ścięty w Hamburgu na wyspie Kleiner Grasbrook (w tym samym miejscu, co Störtebeker) wraz z dużą grupą swoich towarzyszy. Jego egzekucja miała miejsce prawdopodobnie 20 października 1402 roku, rok po straceniu Störtebekera.

Chociaż stracenie Störtebekera i Michelsa złamało potęgę Likedeelers i zlikwidowało ich główne dowództwo, nie był to całkowity koniec Braci Witalijskich. Mniejsze grupy piratów, działające pod tą samą nazwą i duchem, istniały w różnych częściach Morza Północnego i Bałtyckiego jeszcze przez wiele lat. Ostatni znaczący historyczny epizod związany z nimi to splądrowanie i spalenie Bergen w Norwegii w 1429 roku. Dopiero stopniowe zwalczanie mniejszych grup przez floty Hanzy i władców regionalnych doprowadziło do całkowitego zaniku tego pirackiego zjawiska w połowie XV wieku.

To, jak Bracia Witalijscy (Vitalienbrüder) przeszli od legalnej roli kaperów do potężnej organizacji pirackiej, która zdobyła Gotlandię, jest fascynującym przykładem, jak wojna może stworzyć potwora trudnego do kontrolowania.

 

Nie pozwólmy wiktuałom psuć się

Barkentyna "Stortebeker"
Barkentyna "Stortebeker" z 1885 r. w duńskim Flensburgu, 2011 r. / fot. Soenke Rahn, CC BY-SA 3.0

Bywa tak czasem, że zapomniane wiktuały mogą się zepsuć i narobić sporego bałaganu. Dlatego trzeba reagować na czas. Jeśli mamy jakąś zieleninę typu szpinak, rukola, roszponka czy sałata i jest ona już taka „zmęczona”, że na stół raczej nie podasz. Może też  jakieś warzywa typu marchewka, pietruszka, papryka itp., o których trochę się nam zapomniało i właśnie wyjęliśmy je z bakisty.  Nie są już pierwszej jakości i nie wiemy czy aby ich nie wyrzucić, to nie róbmy tego od razu. Sprawdźmy najpierw czy nie są nigdzie nadpsute, zgniłe. Jeśli nie, to nie wyrzucajmy.

Wlejmy na patelnię oliwę i przyprawmy solą i pieprzem. Możemy nic więcej nie dodawać, ale w zależności od tego, jak nam w duszy i podniebieniu gra, możemy dodać czosnek, bazylię czy inne przyprawy, które mamy i lubimy. Zieleninę kroimy w paski, a warzywa obrane lub dobrze wymyte zetrzyjmy na tarce w drobne paski. To wszystko dodajmy na patelnię. Jeśli chcemy na mięsno, to dodajmy do tego wcześniej pokrojone w kostkę i przysmażone na złoto mięso. Jeśli nie chcemy na mięsno, to możemy dodać wcześniej pokrojoną w kostkę i przysmażoną na złoto np. cukinię. Jeśli nie chcemy, to nic nie musimy dodawać.

Gdy się całość poddusi, zabielmy to śmietaną, albo zaczerwieńmy sosem pomidorowym. Po chwili duszenia mamy gotowy świetny sos - dodatek do .... I tu zależy, co mamy i co nam najbardziej pasuje. Mogą to być ziemniaki, makaron, ryż lub kasza.

Zatem jeśli się zdarzy, że trochę nas poniosło na zakupach, a potem jeszcze nie było kiedy podać tej zieleniny czy innej marchewki, to nie rezygnujmy z tych wiktuałów za szybko, ale też nie zostawiajmy ich bezużytecznymi zbyt długo, bo się zepsują i narobią kłopotu.


Magazyn Żeglarstwo

Komentarze


LUDZIE O MNIE

Chciałabym serdecznie podziękować Panu Kapitanowi Arturowi Szklarzowi za kolejny fantastyczny rejs. Dziękuję za ogromną porcję wiedzy, którą dzielił się bardzo chętnie z załogą na każdym kroku. Dziękuję za Jego cierpliwość, spokój, a zarazem ogromne zaangażowanie. Formuła rejsu, w którym Kapitan jest Twoim dobrym duchem, podpowiadającym te lepsze rozwiązania, sugerującym korzystniejsze warianty trasy czy manewru jest nie do przecenienia.
Rejs z Arturem to połączenie nauki, bezpieczeństwa na morzu w każdych warunkach z dawką humoru, snucia wspólnych opowieści przy stole i wspólnego śpiewania przy dźwiękach gitary.


Agnieszka

DSC00999_edited.jpg

©2020 by Artur Zamydlacz Szklarz.

bottom of page